1.Stały ląd
Spokojnie dopłynęliśmy do Herozji. statek przybił do spokojnej zatoczki niedaleko Herton.-Dobrze, jest godzina po południu. Za jakąś godzinę będziemy w mieście.- A więc... Na koń!
I ruszyliśmy spokojnie kłusem. Nie wyłam przyzwyczajona do jazdy konno. Wierzchowiec biegł płynnie, tylko ja nie potrafiłam się dostosować
-Pewnie się przyzwyczaję.- Pomyślałam. Konia dostawałam tylko gdy miałam jechać do Richty na targ. Czyli raz na dwa miesiące.
Jazda przebiegła spokojnie.
Tak jak zakładał Marc, do Herton dojechaliśmy w godzinę. Nie było to duże miasto ale nie można go było nazwać wsią. Było kilka budynków piętrowych, lecz reszta była parterowa. Z daleka zauważyłam kilka sklepów, kuźnie i inne zakłady pracy.
Gdy przejeżdżaliśmy przez bramę niedaleko nas zauważyłam kilku, ubrudzonych, śmierdzących i zmęczonych krasnoludów. Dla osoby która nigdy nie widziała krasnoluda, czyli mnie, był to dziwny widok. Miały gęste brody. Wszystkie bez wyjątku miały ją rudobrązową. Wzrostu miały najwyżej cztery stopy(120-125 cm), nie byłam pewna czy były umięśnione czy nie, ale mi to bardziej wyglądało na tłuszcz. Wszystkie miały przy sobie kilof i łopatę.
Marc spojrzał za moim spojrzeniem.
-Niedaleko stąd jest kopalnia metalu. pewnie stamtąd wracają. A tak z innej beczki masz ładną klacz? jak się zwie? Mój to Costos.
-Moja to Safila. Nie przedstawiałam ci jej?- Powiedziałam z uśmiechem. Costos był niewysokim koniem chodź odrobinę wyższym od Safilii, maści tarantowatej.
-Jedźmy do tamtej tawerny.- wskazał na prawo od bramy. Nie umiałam czytać więc Marc powiedział:- To "Wodny Kruk". Jest pora obiadowa więc było tłoczno. Udało nam się jednak znaleźć wolny stolik.
Podszedł do nas kelner.
-Co podać?
-Ja poproszę rybę z ziemniakami i do tego kufel zimnego piwa.
-To samo dla mnie tylko za miast piwa, wino.
-Jeszcze jedna informacja.- Powiedział Marc.- Jest dziś Gregon i Gillan?
-Gregon stoi za ladą. On też będzie wiedział gdzie Gillan.
Odszedł.
-Kto to ten Gregon i Gillan?
-To mój stary przyjaciel. Znamy się nie od dziś. Gdy widzieliśmy się ostatnie a było to około dwóch miesięcy temu, jego siostry Gillan nie było. Akurat wyjechała na targ i wróciła po moim odjeździe. Zwykle przyjeżdżałem kiedy jej nie było. Chodź raz tylko ją widziałem, jak miała czternaście lat.
Kelner przyniósł nasze zamówienie.
-Smacznego.
Zjedliśmy pośpiesznie. Marc ciągle mnie poganiał. Gdyby nie to obiad byłby najsmaczniejszy jaki jadłam. Chodź nie tak dobry jak Emmy.
-No to chodźmy do twego przyjaciele, poganiaczu.- Powiedziałam.
-Zdravo Gregon!- Powiedział Marc. Przywitał się w języku Herozji.
-O!Zdravo!-Powiedział Gregon.- Miło cie znów widzieć Marc. Och! Jaką piękną dziewczynę przywiozłeś. Gregon miło mi.- Uśmiechnął się do mnie.
-Em. Mi również miło.
-Czy to twoja żona Marc'u?- Zwrócił się do niego.
-Nie, nie jest moją żoną.Ale może niedługo.- Spojrzał na mnie znacząco. Chciał żebym grała role jego kochanki.
-To możliwe kochany.- Odegrałam swą role należycie.
Możesz nas zaprowadzić do Gillan?- Zapytał Marc.
-Ach. oczywiście.- Przywołał kelnera który nas obsłużył aby obsłużył klientów.
Zaprowadził nas na górę do części kwaterowej.
Z któryś drzwi wyszła jakaś dziewczyna. Los chciał żeby wpadła akurat na mnie.
Upadłyśmy.
-Uważaj jak chodzisz!
Spojrzałyśmy na siebie. Obie oniemiałyśmy.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dum dum dum...
I co dalej. tego dowiecie się z następnego działu :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz