Rodzina
W pewne wiosenne popołudnie do baru wszedł jakiś mężczyzna. Gdy był za drzwiami cały bar ucichł. Mogło się wydawać, że czas stanął w miejscu.Nikt się nawet nie ruszył. mężczyzna rozejrzał się. Ruszył w kierunku mamy! Złapał ją za przegub i pociągnął do spiżarni. Gdy drzwi się zamknęły, usłyszałam urywki szeptu. Ale najczęściej słyszałam dwa słowa. A mianowicie " Black Siwobrody".Powtarzały się co kilka sekund. Ale były też inne słowa, pojawiały się rzadziej ale były, takie jak "...to ten najgorszy..." albo "... przecież to Black...". Po chwili, może minucie lub dwóch, klienci chcieli po to poco przyszli. Po piwo, okowitę lub wino. Robiłam wszystko o co prosili i tego co mnie mama nauczył.
Po mniej więcej godzinie mama wraz z mężczyzną wyszli. Rozejrzał się i dopiero mnie zauważył. Stałam za ladą czyszcząc kufel dla następnych klientów. Black, bo chyba tak miał na imię ten człowiek, podszedł do mnie. Usiadł się na stołku przy ladzie.
Przyjrzałam mu się dokładniej. Miał około trzydziestu lat. Krótko przycięte włosy były koloru ciemno kasztanowego.Rysy ostre i wyraziste. Nie był ani przystojny, ani brzydki. Oczy miał koloru morza, a nos prosty. Brodę i połowę policzków była okryta siwo-czarna, gęstą broda. On tez mi się przyjrzał.
- Nalej, córcia, mi kufel najlepszego winka- już sięgałam po kufel, już wyczyszczony oczywiście, kiedy on włożył rękę pod poły płaszcza i wyjął... coś cudownego! To był złoty kufel ozdobiony drogimi kamieniami.
- Już nalewam.- kiedy stawiałam pełne naczynie odważyłam się zapytać-Jeśli mogę zapytać, panie, czemu nazwałeś mnie córcią?- nie odpowiedział od razu.
-Cha! Cha! Zapytaj o to swoja matkę. Ale cóż ze mnie za nie wychowany człek. Zowią mnie Black Siwobrody i jestem piratem. A ciebie jak zowią?
- Ja?- zdziwiłam się. ale Black kiwną, że chodzi o mnie- J nazywam się Em. Pomagam mamie. Ale... co pirat robi tak daleko od móż i oceanów?
To pytanie zawisło w powietrzu jak mgła.
-Ach, córcia dowiesz się kiedyś co tu robiłem. Ale zarazie...- znowu włożył rękę pod płaszcz- to zapłata za wino- wyjął rękę ukazując mi dwie srebrne monety i sztylet. Rękojeść była owinięta miękka skórą. Jelec połyskiwał jak gwiazda na niebie. Ale najpiękniejsze było ostrze. Tak jak jelec połyskiwało ale było ze srebra.
- Dziękuje. Ale jedna moneta wystarczy.- Black znowu się roześmiał.
-No tak. Jedna moneta za wino, a sztylet i druga moneta jako prezent.Naucz się nim posługiwać. Nie pozwól aby ktoś bez twojej zgody cię dotykał.
To mówiąc wstał i zabrał kufel. Wyszedł.
Zdziwiłam się ale sztylet wraz z monetą do mojego fartuszka. Drugą monetę dałam mamie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz